Wednesday, 29 October 2014

EVENT | Halloween 2013 Istanbul

Nieubłaganie zbliża się Halloween – święto Duchów. Zanim włożymy kostiumy wampirów, duchów, zombie i wiedźm chciałabym wrócić pamięcią do tego co miało miejsce przed rokiem.


Cofnijmy się zatem wspomnieniami po raz kolejny do Stambułu. Razem z przyjaciółmi nie mogliśmy przegapić tego dnia okazji do zabawy. Do wyboru było kilka imprez w różnych miejscach i różnych cenach. Ze względu na naszych gości w mieszkaniu postanowiliśmy iść na większą imprezę którą organizował Istanbul Student Life w nieznanym mi miejscu zwanym Maslak Arena. Oczywiście standardowo before party było organizowane w naszym mieszkaniu na Cennet. W trakcie przygotowań (kiedy jeszcze panowała atmosfera beztroski, radości i ogólnie przyjętego spokoju) Ola wspomniała, że czuje że coś się wydarzy. Co najlepsze - jej odczucia się sprawdziły...
Tu na zdięciu dwie projektantki (ja i Ola) w akcji. Przygotowujemy Tukę i Michaela do wyjścia.

Wychodząc z mieszkania byliśmy już opóźnieni (ponieważ umówiliśmy się z koleżanką Nadią w Taksim po bilety). Grupa strasznie się opóźniała (co było strasznie irytujące...) to też jako że rezerwowałam u Nadii bilety dla wszystkich, postanowiłam wyprzedzić ludzi i być wcześniej w Taksim po to, żeby później nie było problemów z wejściem. No i jak postanowiłam – tak zrobiłam. Wcześniej nigdy nie poruszałyśmy się same po Stambule dlatego nie byłam w 100% przekonana czy dobrze idę. W końcu dotarłam do Taksim i zaczęłam się rozglądać na prawo i lewo za Nadią w umówionym miejscu. Co się okazuje – oupsss, Nadii nie widać. Poczekałam 10 minut i stwierdziłam że nie ma co – muszę coś zrobić. Miałam dwie opcje: albo (1) wrócić bezpiecznie do mieszkania i iść spać albo (2) choćby nie wiem jak ale znaleźć tą całą Arenę Maslak i pojawić się na imprezie. Oczywiście bez zbędnego zastanawiania się wybrałam opcję nr 2. Pytanie było tylko jedno: gdzie jest to miejsce? Stambuł znałam jeszcze dość słabo, a co najlepsze – zawsze poruszałyśmy się w towarzystwie jakiegoś turka (byłyśmy wręcz prowadzane za rączki od punktu A do B). A tu ani znajomego turka i w dodatku sama, no i jak dotrzeć do miejsca o którym słyszę pierwszy raz? Wezmę taksówkę... Idę więc do bankomatu po dodatkową gotówkę, ale okazuje się, że przecież nie zabrałam portfela, telefonu zresztą też nie... W małej torebce tylko 30tl plus nietykalna kasa na bilety, a jeszcze muszę mieć coś na powrót. Co tu robić... Było jeszcze przed północą, więc zdecydowałam, że jakoś dostanę się tam komunikacją publiczną. Skierowałam się w stronę Gezi Parku i po kolei pytałam na oko młodych ludzi, potencjalnych bywalców imprez czy też miejsca Maslak Arena. Nikt nie był w stanie na początku mi udzielić informacji po angielsku, za to nasłuchałam się tureckich komplementów typu „güzellik güzellik” (oj tak... bardzo mi się przyda komplemencik w ustaleniu drogi) – dopiero może piąta osoba (dziewczyna) była mi w stanie po angielsku wytłumaczyć że najlepiej jak podjadę metrem do stacji Maslak a później żebym pytała dalej. Wchodzę do metra (jeszcze z 3 razy upewniałam się co do stacji Maslak) a tam niespodzianka (albo i brak niespodzianki) – w metrze prawie sami mężczyźni. Normalnie w europie nie byłoby to niczym przerażającym, jednak w Turcji jest trochę inaczej, szczególnie o późnej porze (chodzi o to, że nie zawsze jest to bezpieczne dla samej dziewczyny, szczególnie europejki). Zaczęłam wzrokiem szukać potencjalnej osoby, która mogłaby mi pomóc udzielając informacji po angielsku, oraz nie zostałabym przy tym w żaden sposób nagabywana. Nikt – sami starsi mężczyźni, którzy nie wyglądają na znających angielski, albo grupa młodych chłopaków, których wzrok raczej nie wróżył bezinteresownej pomocy.
W końcu wysiadając na stacji Maslak przyuważyłam 3-osobową grupkę wysiadającą z drugiego końca metra. Dwóch eleganckich i zadbanych młodych chłopaków razem z ładną azjatką. „Oni na pewno znają angielski i być może wiedzą gdzie jest ta Maslak Arena”.
Podchodzę więc i uprzejmnie pytam: Excuse me, do you speak english?
Jeden z chłopaków odpowiada „Yes” (czyli 1:0 dla mnie)
Kolejne pytanie (tym razem z bezradną miną): „Maybe you know where is Maslak Arena?”
- „Sure” (uhuuu 2:0 dla mnie)
i dodał „We're going there” (wtedy już nie mogłam uwierzyć w farta ale to nie był koniec). Zabrali mnie ze sobą taksówką i po drodze okazało się że jeden z nich pracuje dla Istanbul Student Life (HA!!!). 
Kiedy podjechaliśmy dosłownie pod wejście na imprezę i spokojnie wysiedliśmy z taksówki, wszyscy moi znajomi z beforowej imprezy już czekali, mieli tylko niezbyt tęgie miny. „Gdzieś Ty była???” dostałam na powitanie a mój wybawca z ISL dodał tylko :”It's a long story”.
Przez kolejne pół godziny tłumaczyłam się różnym znajomym z imprezy co się ze mną działo bo jak się okazało – w czasie gdy ja zastanawiałam się jak by tu dotrzeć na imprezę – moje zniknięcie spowodowało pewne zamieszanie. Otóż sława trzech Polek (mnie, Oli i Michaliny) sięga dość daleko nawet w ponad 14-milionowym mieście takim jak Istambuł. Dziewczyny podejrzewając, że pewnie dotarłam przed nimi na imprezę, zdążyły zrobić wśród ludzi ISL (którzy oczywiście mnie kojarzyli) wywiad pt. „Gdzie ukryliście Kingi zwłoki?!?”. Oczywiście, o ile mnie wszyscy kojarzyli, tak nikt nie wiedział gdzie jestem. Cóż... Muszę przyznać że były blisko bo tak czy inaczej w ostateczności znalazłam się pod opieką członka ISL :)


Impreza... Poczynając od dekoracji widocznych już tuż przy samym wejściu (długi korytarz delikatnie podświetlony prowadzący do „nikąd”) poprzez kostiumy gości a kończąc na show wykonane przez demona – transwestytę. Zdecydowanie było na co popatrzeć.








Powrót okazał się dla mnie równie przewrotny jak dotarcie na tą imprezę. W celu braku spięć postanowiłam wracać sama. No i właśnie... Droga z Maslak do metrobusa w Mecidiekoy przebiegała dość sprawnie i bezproblemowo. Później było już tylko ciekawiej. Zmierzając do metrobusa od strony centrum handlowego Cevahir na ostatniej prostej (była to 3-4 nad ranem) nagle słyszę za sobą kroki. Dodam że nikogo poza tym kimś w tym momencie nie widziałam w okolicy. Przyspieszam krok i ten ktoś też. W końcu znalazłam się w zasięgu wejścia do metrobusa i kiedy się odwróciłam w stronę tego, kto mnie tak ścigał (zapewne z przerażeniem na twarzy), zobaczyłam bardzo eleganckiego mężczyznę z przepraszającą miną, który wcisnął mi w rękę wizytówkę. Kiedy nagle wyłonił się ochroniarz z dość groźnym spojrzeniem mierzącym mężczyznę – ten nie zdążył nic powiedzieć, tylko uciekł. Prawie jak Kopciuszek, z tą różnicą że znakiem rozpoznawczym nie był but a wizytówka. Ja zmęczona po imprezie jakoś wtedy mało się tym przejęłam, że ktoś goni mnie w środku nocy po to tylko, żeby mi wcisnąć jakiś papierek (w ogóle nie zawracałam sobie tym głowy) i od razu podeszłam do automatu do kart komunikacyjnych, żeby naładować sobie kredyt na przejazdy.
 Wrzucam ostatnie wymiętolone 10TL które miałam w torebce i co się okazuje – wybredna maszyna nie chce ich przyjąć. W okolicy żadnych możliwości na rozmienienie bilonu, więc zaczęłam delikatnie szamotać się z każdym automatem po kolei (według zasady „jak nie ten to inny”). Ochroniarz już był najwyraźniej gotów wpuścić mnie bez karty ale nagle pojawiła się grupa tureckich studentów (pewnie też wracali z jakiejś imprezy). Kiedy zobaczyli moją niemalże agresywną walkę z automatami, bez pytania wpuścili mnie na kartę któregoś z nich. To było miłe. Wsiadam do metrobusa na pół śpiąca a tu nagle spotykam moich współlokatorów – Simonę z jej chłopakiem Tuką i Michaela a także innych znajomych z uczelni. Wracali również z imprezy, tylko trochę mniejszej. Sądząc po ich twarzach doszłam do wniosku że najwyraźniej tylko dla mnie ten dzień był przeładowany niespodziankami. Kładąc się spać myślałam tylko o solidnym odpoczynku a co do Halloween mogłam powiedzieć tylko: to był naprawdę dziwny dzień...

4 comments:

  1. Cudownie uczestniczyć w czymś takim, musiało być świetnie! :D

    ReplyDelete
    Replies
    1. Oj było! Polecam wszelkie kostiumowe imprezy :D

      Delete